Wiadomości

Z burdelu na salony

Jacek Melchior

Tango narodziło się w argentyńskich burdelach, w których harcowano przy namiętnych rytmach już w latach 80. XIX wieku. Na świat wypłynęło dzięki marynarzom – przez portową Marsylię, skąd był tylko krok do Paryża, kulturalnej stolicy Europy początku ubiegłego stulecia. Ówczesnym konserwatystom tango wydawało się tak bezwstydne i wyuzdane, że w 1914 r. arcybiskup Paryża straszył wielbicieli tańca ekskomuniką. Tango było też zabronione na dworze cesarza Niemiec. Londyński “Times” grzmiał, by uważać, bo ów taniec jest po prostu niebezpieczny. Ekspansji tanga nic nie mogło powstrzymać, zwłaszcza że zainteresowało się nim Hollywood. Tango zadomowiło się w kinie, gdy po sukcesach na estradach Paryża do filmu trafił legendarny śpiewak Carlos Gardel (zginął w katastrofie lotniczej w 1935 r.). Po premierze “Czterech jeźdźców Apokalipsy”, gdzie ogniste tango odtańczył sam Rudolf Valentino, podekscytowane wielbicielki wywożono z kina karetkami pogotowia. Tu już nie chodziło o zmysły – to był czysty seks. W tym czasie tango zdążyło trafić na salony. Najpierw w Argentynie, gdy władzę objął generał Peron, który je uwielbiał (wraz z żoną Evitą), potem na całym świecie – na równych prawach z walcem. W filmowej ekranizacji musicalu “Evita” brawurowo odtańczyła tango Madonna. Jej występ przeszedł do antologii najbardziej pamiętnych tang w dziejach kina – obok lekcji tanga, którą udziela Al Pacino w “Zapachu kobiety”, tanga-macabre tańczonego w “Rodzinie Addamsów” przez Angelicę Houston i Raula Julię oraz niezapomnianego duetu Joe Brown – Jack Lemmon (z kwiatem w zębach!), którzy tańczyli przez całą noc w “Pół żartem, pół serio”.
Tygodnik “Wprost”, Nr 1047 (22 grudnia 2002)

Dodaj komentarz

*